48hSWIM

9 sierpnia, 2020

48hSWIM

Czyli ustanowienie rekordu w pływaniu 48 godzinnym.

Termin: 7-09.08.2020

Przepłynięty dystans: 108.9 km (~125 km nieoficjalnie)

Słowem wstępu

Przygotowując się do płynięcia 48 godzin poszukiwałem wszelkich informacji dotyczących ekstremalnie długich wysiłków. Dostępne są tego typu informacje dotyczące alpinistów, biegaczy czy komandosów. Praktycznie nie ma takich opisów dotyczących pływania. Jeżeli ktoś z was widział podobny materiał w języku polskim lub angielskim to proszę dajcie mi znać w komentarzu, będę za to niezmiernie wdzięczny.

Podkreślam, że jest to wyłącznie moja własna perspektywa. Nie jest to opis przebiegu wyczynu, a bardziej opis emocji i luźnych przemyśleń jakie mi towarzyszyły w trakcie płynięcia i po wyjściu na brzeg.

Po wyjściu na brzeg zawsze pada pytanie: “Co dalej?”

Choć w ciągu 48 godzin nie miałem dużo czasu na rozmyślanie, to akurat to jedno zagadnienie bardzo dokładnie przeanalizowałem. Gdy już jesteś w wodzie porządnie zmęczonym i na żywo czujesz ile wysiłku, bólu kosztują takie projekty, to na poważnie zaczynasz się zastanawiać czy będziesz chciał ten stan powtórzyć za rok. Tym razem byłem pewny swojej odpowiedzi: “Tak, w 2021 roku wracam na Mazury!”. Zaskoczyło mnie to o tyle, że rok wcześniej wychodząc z wody po 77,5 km nie byłem pewien co dalej ze sobą zrobić.
Wreszcie uświadomiłem sobie co tak naprawdę chciałbym w pływaniu długodystansowym osiągnąć. Szczytem moich ambicji jest Rekord Świata w Pływaniu Długodystansowym w kat. The Longest Lake Swim wynoszący obecnie 168 km należący do amerykanki Sary Thomas. Powód dlaczego akurat to wyzwanie stawiam na szczycie listy jest prosty – uważam ten rekord za najbardziej wyśrubowany ze wszystkich w tym sporcie. Pływanie po jeziorach jest o wiele bardziej sprawiedliwe i wymierne od rywalizacji na morzach i oceanach, bo praktycznie zanika wpływ prądów i fal.
Ciężko jest pokazać różnicę między przepłynięciem ~125, a 170 kilometrów. Prawda jest taka, że nie można powiedzieć, że to tylko 50 kilometrów więcej. Trzeba na to patrzeć troszkę inaczej. To dodatkowe 50 kilometrów od momentu, w którym nie masz już absolutnie żadnych rezerw sił by płynąć dalej. To kolejne 20 godzin wysiłku bez snu i odpoczynku. To kolejne kilkanaście tysięcy ruchów zniszczonych barków. Im dłużej uprawiam ten sport tym większym respektem darzę swój przyszłoroczny cel.

Granica, której nie należy przekraczać

Mój własny organizm pokazał mi gdzie obecnie są granice jego możliwości. Tak i tak mam wrażenie, że przeciągnąłem je trochę dalej niż tego chciałem. 2 tygodnie niepewności po wyjściu z wody czy nie nabawiłem się poważnych problemów z barkami dały mi sporo do myślenia. Prawda jest taka, że poważny uraz byłby końcem moich pływackich marzeń.

Pytanie co można zrobić, by w przyszłości w sposób bezpieczny pokonywać jeszcze dłuższe dystanse. Odpowiedź jest bardzo prosta – poprawić wszystkie elementy, które w tym roku rozpoczęły lawiny problemów w trakcie płynięcia. Bardzo pomocne w tej kwestii jest również kontakt z lekarzami, którzy patrząc na mój obecny stan szukają odpowiedzi na pytanie dlaczego doszło do przeciążenia akurat tych mięśni, ścięgien czy stawów.

Z drugiej strony czuję, że wyszedłem z tego płynięcia o wiele silniejszy. Nie wierzyłem, że człowiek może przeciągać swoje granice tak daleko, a tym bardziej, że tym kimś mogę być ja. Nie spodziewałem się, że moim atutem okaże się zdolność do tak długiej i męczącej walki z samym sobą. Nieoceniona przy tym była pewność, że w razie gdyby coś mi się stało w wodzie to najwyższej klasy profesjonaliści są gotowi do udzielenia mi pomocy. Świadomość ta pozwala w 100% skupić się na celu bez obaw o swoje życie.

Trochę tych kryzysów było

Senność, dwa dni w upale i pełnym słońcu, problemy z barkiem, bicepsem, nerwem łokciowym, stopą, częściową utratą świadomości czy ból oka. A to wszystko w zaledwie 48 godzin.

Większości z nich można było uniknąć, choć ciężko jest przygotować wszystko w sposób idealny. Rozwijam te tematy, by każdy pływak długodystansowy, który przeczyta ten wpis mógł w przyszłości nie popełnić tych samych błędów na własnej skórze.

 1. Senność

48 godzin w wodzie to w praktyce 52 godziny bez snu. Pierwsze objawy jakie zaczyna się odczuwać z niewyspania to rozdrażnienie. Później dochodzi do tego rozkojarzenie i dopiero po kolejnych kilkunastu godzinach zaczynają się pojawiać problemy z zasypianiem w wodzie. W zeszłym roku, przed startem projektu Wpław po Rekord bardzo mnie przed tym ostrzegano. Wtedy po 31 godzinach w wodzie nie odczuwałem choćby najmniejszej senności. W tym roku problem pojawił się już po 24 godzinach. Czy było to spowodowane inną temperaturą wody, wpływem wystawienia przez całą sobotę na pełne słońce, wyższą intensywnością wysiłku czy innym wyjściowym poziomem wyspania – nie mam pojęcia. Skutek był taki, że podczas drugiej nocy kilkukrotnie zapomniałem obrócić głowę przed wdechem i zamiast powietrza nabrałem wody co natychmiastowo kończyło się wymiotami. Jednak nie tak prosto jest w pełni zasnąć w wodzie.

 2. Upały i pełne słońce

Jak do tej pory, w każdej wodzie po dwudziestu kilku godzinach zaczynało było zimno. Przyznaje się, że całkowicie w trakcie  przygotowań pominęliśmy scenariusz, w którym będzie mi za gorąco.

W sobotę od świtu do zmierzchu nie było choćby jednej chmurki. Temperatura powietrza – grubo ponad 30°C. Kopalnia jako mały zbiornik wodny zupełnie nie faluje i woda przy powierzchni błyskawicznie się nagrzewa. Do południa miałem jeden cel – wytrzymać do wieczora (kiedy będzie chłodniej). Później rozpoczęła się walka o to, żeby w danej chwili choćby minimalnie się schłodzić. Najpierw pozbyłem się czepka, później płynąc kraulem zacząłem robić mały ruch delfinowy głową (tak by woda schłodziła nagrzane włosy). To zdecydowanie nie wystarczało. Zacząłem na każdej pętli nurkowałem na chwilę z metr pod wodę, gdzie było trochę chłodniej. W tym samym czasie na brzegu całą załoga organizowała dziesiątki kilogramów lodu by schłodzić podawane mi napoje i umożliwić polanie głowy lodowatą wodą z bidonu podczas karmienia. Wykupiliśmy cały zapas lodu w Paniowicach i pobliskiej stacji benzynowej. Słyszałem o sposobie, by pod czepek wkładać lód ale nie zdecydowałem się na to rozwiązanie. Nie byłem pewien czy to nie jest w jakiś sposób zabronione.

Skutkiem tych warunków w sobotę wieczorem po zaledwie 24 godzinach pływania miałem straszną migrenę, czarne plamy przed oczami i czułem się tragicznie. Płynąc w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że po mrugnięciu oczami znajduję się kilkadziesiąt metrów dalej. Nie miałem najmniejszego pojęcia co się ze mną działo w czasie pokonywania tych brakujących metrów. Osoby płynącej koło mnie na kajaku nie zaobserwowały w tym czasie nic niezwykłego, płynąłem cały czas tak samo. Choć wydawać by się mogło, że nie ma w tym nic złego to jednak świadomość braku pełnej kontroli nad tym co się ze mną działo w wodzie bardzo negatywnie zaczęła na mnie wpływać. Po prostu bałem się, że powoli przestaję kontrolować sytuację.

 3. Ból

Najpierw pojawia się ból. Potem mięśnie przestają pracować w pełnym zakresie i są cały czas napięte. Wraz z kolejnymi godzinami problem ten zaczyna pojawiać się coraz częściej i z coraz większą intensywnością. Pojawia się opuchlizna z przodu prawego barku. Ból pozostaje już z Tobą przy każdym ruchu prawej ręki. Wreszcie mówię dość i chcę zrezygnować.

Powiedziałem wtedy do Pawła na kajaku:

Koniec, ja już z bólu dalej nie płynę!

Otrzymałem na to stwierdzenie odpowiedź. która mnie zupełnie zaskoczyła:

I co z tego, że Cię boli. To tylko ból!
Płyń!

Może to stwierdzenie jest oczywiste, ale ciężko jest je w pełni zaakceptować. Tym bardziej, że od godziny 3:00 do 17:00 pozostało jeszcze 14 godzin pływania. Doszło wtedy we mnie do reakcji jakiej się nie spodziewałem. Pogodziłem się z tym, że najbliższe godziny do przyjemnych należeć nie będą. Skończyła się w mojej głowie próba ucieczki od bólu i pojawiło się coś w rodzaju akceptacji tego stanu i pogodzenia się z sytuacją w jakiej jestem. To nie tak, że od tego momentu było łatwo, po prostu od tamtej chwili wiedziałem wreszcie co muszę zrobić by dopłynąć do mety.

Kolejny szok wywołała u mnie sytuacja, która miała miejsce przy pomoście w momencie, w którym czekałem aż ktoś poda mi colę. Uświadomiłem sobie, że wbijam sobie paznokcie w rękę tylko po to by też coś czuć, gdy chwilowo nie macham rękami. Zaskoczyło mnie to, że człowiek może zadawać sobie ból tylko, dlatego że rozpaczliwie poszukuje jakiś bodźców.

 4. Problemy z okiem

Nadszedł niedzielny poranek i do rangi krytycznego problemu urosła pierdoła, w którą do dziś nie mogę uwierzyć. Coś podrażniało mi oku i kombinowałem jak się tego czegoś pozbyć. W akcie desperacji poprosiłem lekarza na pomoście by z możliwie bliskiej odległości zobaczył czy mam coś w oku. Po wielkiej kombinacji jak zobaczyć z bliska moje oko, bez dotykania mnie, udało się wreszcie je sprawdzić i ku wielkiemu zaskoczeniu nic w nim nie było. O tyle dobrze, że było widać podrażnienie i przynajmniej wiedzieliśmy, że nie jest moja kolejna fanaberia. Problem z bólem, który uniemożliwiał mi dalsze płynięcie pojawiał się co 100-200 metrów przez kolejne 2 godziny. Nic nie pomagało i kończyły się już pomysły o co chodzi. Zaczęliśmy rozważać już jakieś absurdalnie głupie teorie. Jedna z nich była taka, że podwinięta pod okularkami rzęsa kłuje mnie w oko. Powyrywałem wtedy co mogłem, ale to w niczym mi to nie pomogło. Po kolejnych kilkunastu minutach wpadłem na jeszcze dziwniejszy pomysł: “To brew!” Tak, to była brew. Gdy ze zmęczenia marszczyłem twarz to wchodziła mi ona pod okular gdzie się zawijała i kłuła oko. Powyrywałem z niej co mogłem. Problem znikł. Jest to na swój sposób zabawne, że coś takiego jak za długie brwi może prawie doprowadzić do niepowodzenia całego wielkiego projektu.

Niby to tylko 48 godzin, a w tym czasie pojawiło się mnóstwo nieprzewidzianych sytuacji i problemów. Pragnę tutaj jeszcze raz podziękować całej załodze, bez której nie miałbym najmniejszych szans dopłynąć do mety. Gdyby nie Wasze doskonałe działanie to zrezygnowałbym prawdopodobnie w granicy 30 godziny płynięcia. To tyle w kwestii tego, czy pływanie długodystansowe jest sportem indywidualnym.

Ostatnie godziny w wodzie

Dopiero w niedzielę o godzinie 13:00 (czyli po 44 godzinach w wodzie) zaczęło do mnie docierać, że dotarcie do mety jest rzeczywiście osiągalne. Nie budziło to we mnie euforii, a jedynie paniczny strach przed presją jaką poczułem na myśl “Co by się stało, gdybym jednak nie dokończył płynięcia.”

Wszyscy dokoła sądzili już, że dopłynięciu do mety to już tylko formalność. Właśnie wtedy postanowiłem spełnić wszystkie pokładane we mnie oczekiwania i wbrew temu jak się czułem rozpocząć finisz. Początkowo było całkiem nieźle. Czas kilku kolejnych okrążeń skrócił się z 22-24 minut do około 18. Powtarzałem sobie:  

Muszę mocniej, nic mi się od pływania złego nie stanie.

Nagle “pstryk” i w okolicy łokcia coś mi zaczęło przeskakiwać przy każdym pociągnięciu ręki w wodzie. Pierwsza myśl – katastrofa, coś zerwałem. Kolejna – niemożliwe, żebym w takim momencie musiał skończyć. Właśnie wtedy, przy drugiej boi posypałem się doszczętnie. Płynąłem w pokraczny sposób, do końca okrążenia. Byłem gotów przekazać informację, że to już koniec. W tamtym momencie odżyły wszelkie emocje towarzyszące mi w trakcie pokonywania ostatnich metrów w ubiegłym roku na Mazurach. Przypomniałem sobie wszechogarniające rozgoryczenie i złość, że to już koniec. W tym stanie dotarłem do pomostu. Po dłuższej rozmowie i kilku testach padło jedno kluczowe stwierdzenie:

Nic nie zerwałeś, gorzej nie będzie. Płyń!

Pierwszy raz podczas tego płynięcia w mojej głowie pojawiła się wizja, że jestem w wodzie sam, a wszystkim dookoła zależy tylko na wyniku. Teraz oczywistym jest, że myśli te były absurdalne. Wtedy myślałem zupełnie inaczej i obwiniałem załogę za to w jakim byłem stanie. Doszło do tego, do czego dojść nie powinno. Moja psychika totalnie się posypała i przestałem myśleć logicznie. Tym co wtedy uratowało sytuację (bo byłem gotów na złość wszystkim wyjść z wody i pokazać, że wcale nie muszę dopłynąć do mety) była obecność mojego teścia. Znalazł wtedy chyba jedyny możliwy sposób, żeby do mnie dotrzeć. Powiedział, że będzie do końca płynąć na kajaku obok mnie i będzie mnie bronić przed resztą załogi. Sposób zadziałał. Przez następną godzinę jedyne co mnie obchodziło, to czy Wojtek na kajaku jest obok.

Ostatnie 800 metrów

Jest sygnał! To już ostatnie 800 metrów. Ku swojemu własnemu zaskoczeniu zacząłem płakać przypominając sobie te wszystkie sytuacji i emocje towarzyszące mi przez całe 48 godzin.

Płyń! Ostatnie 100 metrów

Mijam ostatnią boję. Czekam minutę, tak żeby na metę wpłynąć o godzinie 17:02, czyli dokładnie po 48 godzinach od wejścia do wody.  Zwykle w takich chwilach na mecie jest raptem kilka osób – taki sport. Całkowicie zszokowany zobaczyłem jak dużo osób czeka na moje wyjście z wody. Dzięki Wam wszystkim będącym wtedy na Kopalni dotarło do mnie czego właśnie dokonałem. Gdy człowiek przez tyle lat goni za marzeniami i wreszcie do niech dociera, nie pamięta już jak wielkie i nierealne wydawały się one w przeszłości. Przez te wszystkie lata powoli przestajesz zdawać sobie sprawę ze skali wyzwania, któremu właśnie sprostałeś.

Myślałem o tym góra 2 minuty, a powróciły wspomnienia z początków mojej przygody z pływaniem, pierwszej Otyliady, lodowego kilometra w Katowicach, projektu Śniardwy w nocy, Korony Jezior Polski i Wpław po Rekord. Aż się zdziwiłem ile tego jest już za mną.

Meta

Euforia, radość i olbrzymie pokłady sił na ostatnie metry. Dopływam do brzegu. Czuję pod dłonią piasek. Próbuję wstać. Pierwsze potknięcie i zachwianie. Pierwsza myśl „Nie jest źle. Powinno się udać wyjść na stojąco.” Kolejne kroki. Jest! Linia brzegu. Wychodzę!

Koniec! Świetne uczucie, gdy stajesz na brzegu, chwytasz flagę Polski, słyszysz doping i ogromne brawa. Zdajesz sobie wtedy sprawę, że zrobiłeś coś wielkiego! Widzisz tłum ludzi, który przyszedł wraz z Tobą świętować tą chwilę. Przepełnia mnie radość, duma, euforia. Towarzyszą mi skrajnie pozytywne emocje, które ciężko jest opanować. Łapie mnie w objęcia żona Agnieszka, słyszę, że płacze ze szczęścia, ale właśnie w tym momencie zaczynam czuć się bezpiecznie i  uświadamiam sobie również jak bardzo jestem zmasakrowany.

Chcę chociaż chwilę zostać na mecie i podziękować wszystkim za wsparcie i doping. Tym razem nie miałem wiele do gadania i trafiam do namiotu medycznego. Gdy próbuję się położyć powracają zawroty głowy. Pozostaję więc w pozycji półsiedzącej. Mamy 10 worków lodu, którymi próbujemy mnie schłodzić. Nie czuję ich zimna, tylko delikatny chłód. Słyszę obok siebie rozmowę – czy zabierać mnie do szpitala. Robię co mogę, żeby tak się nie stało. Dla pocieszenia i uspokojenia wszystkich mówię: „Po zeszłym roku wyglądałem gorzej.” Mija kilka długich minut i wreszcie moje marudzenie, że chcę wyjść z namiotu przynosi efekty. Pora się zmusić do jeszcze chwili skupienia i wysiłku by wyjść na słońce i podziękować wszystkim, którzy tam dla mnie przyszli. Wytrzymuję raptem kilka minut i znowu „odlatuję”.

Rozpoczyna się zupełnie inna walka. Doświadczenie nauczyło nas, że pierwsze kilkanaście godzin po dotarciu na metę jest kluczowe jeżeli chodzi o skrócenie czasu potrzebnego na regenerację po takim wyczynie.
Etap pierwszy – doprowadzenie mnie do jakiegokolwiek ładu, zmuszenie do uzupełnienia płynów i zjedzenia stałego pokarmu.
Etap drugi – uspokojenie mojego organizmu na tyle, żebym był wstanie chociaż na chwilę zasnąć.
Etap trzeci – złapanie kilku godzin snu przerywanych różnymi problemami. (zbyt wysokim ciśnieniem, skurczami, bólem).

Podsumowanie

Czy było warto?

Po 48 godzinach od zakończenia pływania powoli zaczynam się lepiej czuć. Leżąc na łóżku jestem już wstanie samodzielnie obrócić się z boku na bok i nawet samodzielnie z niego wstać. Siedząc na krześle nie mogę jeszcze podnieś ręki na tyle wysoko, żeby skorzystać z klawiatury w komputerze, ale pisanie na telefonie przestaje być problematyczne. Wtedy za namową żony rozpocząłem pisać ten wpis.

Zależy mi na tym, by jak najlepiej pokazać czym tak na prawdę jest pływanie długodystansowe. Tu nie chodzi wyłącznie o „cyferki” takie jak ilość przepłyniętych kilometrów, czy czas spędzony w wodzie. By dotrzeć do mety trzeba się zmierzyć i wygrać walkę z samym sobą. Wymaga to olbrzymiego wysiłku, ale jest on tego wart, bo dzięki niemu poznajesz lepiej samego siebie. To właśnie to przyciąga ludzi do sportów wyczynowych i stanowi inspirację dla innych.

Home
Nasze projekty

Powiązane wpisy